Publikacje

  • P. Kulig, Zamek i wieś Ritter w legendzie i bajce. 2025
  • W. Łomnicka Dulak, P. Kulig, S. Łomnicki, Dolina Popradu – Dyjamentowe Gody. 2024
  • P. Kulig, Witold Chomicz i jego ilustracje do książek Marii Kownackiej. 2022
  • P. Kulig, Nowa Sądecka wieś. 2022
  • Krakowiacy, Lachy, Górale – Stroje wsi małopolskiej – P. Kulig Górale Nadpopradzcy. 2020
  • P. Kulig, Prosty człowiek jako motyw literacki. 2007

Witold Chomicz i jego ilustracje do książek Marii Kownackiej.

Piotr Kulig 2022

„Rogaś z Doliny Roztoki” i „Szkoła nad obłokami”, pisane w latach 1955 do 1958 – to plon moich włóczęg po kraju – pisze Maria Kownacka. W roku 1955 znalazłam się latem w przepięknym Rytrze. Strażujące od wieków nad Popradem ruiny zamku raubryterskiego, osnute mnóstwem legend, bogaty miejscowy folklor, no, i wstyd trochę się przyznać, wyjątkowo deszczowe lato, które nie pozwoliło na dalsze wycieczki, to wszystko sprzyjało nawiązywaniu kontaktów z tubylcami, a co za tym idzie, zbieraniu cennego materiału z pierwszej ręki. Miejscowy, były nadleśniczy, znakomity gawędziarz, opowiadał mi historię chowanego przez siebie kozła-sarny, który wypuszczony na wolność, wielokrotnie powracał i nawiedzał swoich gospodarzy, stawał na środku drogi przed nadciągającym sznurem wozaków i podchodził do ludzi zbierających grzyby. Na tych faktach oparłam wątek opowiadania, splatając go z miejscową legendą ryterskiego zamku. Tegoż lata, jeszcze w czasie pracy na „Rogasiem”, miejscowe nauczycielstwo zaczęło mi opowiadać niezwykłe historie o bytowaniu najwyżej położonej w tym rejonie szkoły w Niemcowej. Zgłosił się nawet młody nauczyciel tej szkoły, zapraszając mnie na swoją wyżynę. Skorzystałam z tego w następnym roku. A kiedy się tam znalazłam i na własne oczy zobaczyłam drewniane zaworki zamiast zamków we drzwiach, drewniane sąsieki (skrzynie na zboże), buklicki i jaktelki do noszenia wody ze źródeł, dziady – ławy ciesielskie, jaty i kąciny – przyścianki (szopy o trzech ścianach), soszki, rozwidlone gałęzie, z których wyrabiano sochy, stołki i zwijadła i wiele innych sprzętów, a oprócz tego kurne chaty – to mi się wydało, że czas stanął, że się cofnęłam co najmniej trzy wieki wstecz. Temu niezwykłemu zahamowaniu sprzyjało na pewno wyizolowanie wsi. Żadnego absolutnie dojazdu, poza dojściem pieszym. Zahartowanie miejscowych dzieci, ich zaradność, sprawność, ich żarliwa chęć do nauki, wspaniały dar gawędziarstwa u dorosłych, mnóstwo przygód, jakie tam ludzie przeżywają w ustawicznej walce z przyrodą, śnieżyce, napady wilków, cała wspaniała sceneria wyniosłej wyżyny okolonej Popradem – wszystko to razem nakłoniło mnie do snucia tej opowieści Beskidu Sądeckiego – dalej. Namawiał mnie do tego gorąco grafik, prof. Witold Chomicz, późniejszy ilustrator tych książek, znawca i miłośnik ziemi sądeckiej i jej zabytków. Za jego też namową książka została poświęcona zagadnieniu ochrony zabytków. Charakterystyczne, że dzieci nie orientują się absolutnie, jakiemu zagadnieniu społecznemu książka jest poświęcona. [1] W książkach spotykają się dwie wrażliwości… w wielu książkach spotykają się… Wrażliwość autorki i ilustratora. Maria Kownacka zaprasza do tego wydarzenia artystę malarza, grafika Witolda Chomicza (1910 -1984). Był nauczycielem akademickim, profesorem ASP w Krakowie. Kierował m. in. katedrą grafiki, pracownią kompozycji książki. Tworzył obrazy, grafiki, plakaty, projektował witraże, znaczki i kartki pocztowe, exlibrisy i in. Oceniał szopki krakowskie podczas konkursów. Jego twórczość cechowała fascynacja sztuką ludową.[2] To spotkanie miało miejsce również w rzeczywistości realnej, w miejscach, w których toczy się akcja książek, zwłaszcza „Szkoła nad obłokami”. Wielu z tych, których spotykamy na kartach książek, możemy zobaczyć w albumach Marii Kownackiej. Znamy także te miejsca – Niemcową, Piwniczną Zdrój, Rytro. Tekst zawsze rysuje w wyobraźni jakiś obraz, a obraz jest często narracją bogatszą niż tekst. Ilustracja w książce dziecięcej jest zazwyczaj równoległą, paralelną narracją obok tekstu. Materializuje słowo. Słowa opowiadania zamienia w rzeczywisty obraz. Ilustracja ściąga naszą wyobraźnię do konkretnego obrazu, którego często nie jesteśmy już w stanie usunąć z naszej świadomości.

Kontekst, w który wpisują się ilustracje „Szkoły nad obłokami” to nie tylko treść książki. Wszystkie oparte są o motywy karpackie, góralskie, sądeckie. Tam, gdzie była „Szkoła nad obłokami” nie występowały w takiej obfitości i o takim bogactwie. Tam każdy sprzęt cechował ludowy funkcjonalizm, dużo wcześniejszy od tego z podręczników do historii sztuki. Jego formy miały służyć konkretnym zadaniom, którym były przeznaczone. Zdobnictwo sprzętów było czymś nieistotnym. Chomicz nie widział na Niemcowej zdobionych snycerką łóżek, półek, sprzętów, ław, stołów…Tak jak widać na ilustracjach. Są to zapożyczenia. Kultura, zwłaszcza w wymiarze ludowym kształtuje się przez zapożyczenia. To cytowanie przez Chomicza motywów z innych części Karpat jest jak propozycja zapożyczeń a także intuicja, jak mogłoby to wyglądać, gdyby na to niedostępne miejsce padło choćby lekkie tchnienie ludowej ekspresji. Wiele musiało na to artystę naprowadzać: formy budynków, styl zabudowań, układ osad (które szkicował), język, którym mówili ludzie, rozległe górskie panoramy z Tarami nad Cześniowym Groniem… To wszystko góralskie, surowe, ochrypłe, szorstkie, ale zdobniczo oszczędne, ubogie. Reszta to trudne życie. Bieda! Projektowanie motywów ludowych oraz tworzenie dzieł w oparciu o nie zajmowało w całej twórczości Witolda Chomicza wiele miejsca. Miał też zamiłowanie do góralszczyzny we wszystkich postaciach[3]. Dlatego należy mieć to na uwadze czytając „Szkołę nad obłokami”. Tą surowość Niemcowej Chomicz chciał pewnie ubrać po swojemu, oswoić, oddziczyć… Dysponował wspaniałym warsztatem i motywy mógł sypać z rękawa. Inny jest „Rogaś”. Słoneczna, ciepła wieś w dolinie to nie surowa Niemcowa na głównym grzbiecie Karpat… To znaczny kontrast, jak różnica między białą i czarną izbą – tu nazywana świetlicą i piekarnią. Barwy jego ilustracji i zastosowane techniki to obraz życia tu i tam. Pastelowy rysunek w „Rogasiu” i surowa jednokolorowa grafika w „Szkole”, to klimaty dwóch odmiennych światów, a przecież nie tak odległych. W „Szkole nad obłokami” króluje zima surowa, otupna, groźna. Może najbardziej pobudzającym wyobraźnię kontrastem między Rogasiowym Rytrem a Niemcową będzie różnica średniej grubości pokrywy śnieżnej – około metr więcej na Niemcowej niż w Rytrze! Ta zima wieje z ilustracji „Szkoły”. Na okładce kolędnicy a wyklejka książki w płatkach śniegu. W „Rogasiu” natomiast nawet zima bywa w ciepłych barwach.

Motywy zdobnicze w ilustracjach „Szkoły nad obłokami” można potraktować jako zachętę do twórczego naśladowania. Jako tchnienie twórcze, które ubogaci ten surowy świat. Przyglądając się im bacznie znajdziemy również takie, które znane są w Beskidzie Sądeckim. Przede wszystkim motyw jodły – bordiura s. 61, 77, 105 – najbardziej archaiczny motyw zdobniczy Karpat. Niezapominajki z koralików s. 54, 90. Ścieg krzyżykowy janina s. 43. Rozeta bez obwodu s. 37, trochę mniej podhalańska niż ta na stronie tytułowej. Kwiat (drzewko) z gorsetu, wpisany w romb – finalik s. 65.  Wybornie stylizowany na archaizm przez układ kompozycyjny oraz uproszczone formy kwiatowe. Owe niezapominajkowe bordiury to gotowe motywy pasowe na wyszycia paciorkowe gorsetów góralek nadpopradzkich. Podobnie ta ze str. 72 – również do wykorzystania. Trzeba jednak podkreślić, że większość z motywów dekoracyjnych przytaczanych przez Chomicza to motywy podhalańskie, górali łącko-kamienickich oraz nieliczne stylizowane na sądeckie.

Ilustracje do „Rogasia z doliny Roztoki” Maria Kownacka skrupulatnie analizowała, przestrzegając przed stylizacją „zakopiańską”.[4] Dlaczego nie stało się tak ze „Szkołą nad obłokami”? W „Rogasiu” ilustracje mają charakter wyłącznie narracyjny. Rozpoznajemy krajobraz Rytra: dom Klusków, nową szkołę, zamek na górze, stary drewniany kościółek nad Roztoką. Prawie każda strona tekstu jest ilustrowana – bogactwo! W ilustracjach do „Rogasia” Witold Chomicz oddaje to urzeczenie autorki Beskidem Sądeckim, o którym sama wspomina.

Jest jeszcze w ilustracjach „Szkoły nad obłokami” coś, co można traktować jak jakiś głębszy zamysł artysty nad Niemcową – surową, odległą i wyniosłą krainą. Jakieś twórcze wsparcie, kuratela, gift… Pisze o tym Maria Kownacka i kto wie, czy nie miało to wpływu na twórczość nauczyciela tej szkoły – utalentowanego piwniczańskiego „Leonarda” – Edwarda Gruceli, książkowego Grudy, który po latach wykonał wierną makietę szkoły? Dziś można ją obejrzeć w muzeum TMP w Piwnicznej Zdroju jak i wiele innych, wykonanych przez niego makiet obiektów, które bezpowrotnie zniknęły z krajobrazu. Swoją działalnością stworzył w Piwnicznej Zdroju regionalizm wyjątkowy, aksjologicznie endemiczny, nie do porównania na Sądecczyźnie z żadnym innym. Z perspektywy minionych lat, to spotkanie Witolda Chomicza i Edwarda Gruceli na Niemcowej można postrzegać jako wydarzenie! Chomicz – profesor szkoły wyższej, Grucela ‘profesor’ szkoły ‘najwyższej’.[5] Obaj artyści. Tego jednak Chomicz o Gruceli nie wiedział, a Grucela o Chomiczu tak. Obaj okazali się postaciami znaczącymi dla kultury polskiej. Ich spuścizna oraz pokolenie, które kształtowali jako wychowawcy i mistrzowie,[6] tworzą dalsze piękne dzieje kultury narodowej, bo ta regionalna niczym nie ustępuje tej akademickiej… Spotkały się w miejscu, któremu bliżej do natury niż kultury. Jeden i drugi dostrzegł jej wartość mocą tej tajemnicy artystycznej duszy, która kryje się w pojęciu „wrażliwość”. Wszystko zaś stało się dzięki Marii Kownackiej, której z kolei wrażliwość na los dzieci ukształtowało jej własne, trudne dzieciństwo.

To wszystko jest pięknem i historią. Trzeba to wszystko chronić od zagłady.[7]


[1] Dane tyczące twórczości Marii Kownackiej, Warszawa-Żoliborz 29 listopada 1980 rok. Maszynopis MBC.

[2] M. Laskowska, Witold Chomicz 1910-1984, Kraków 2012, s. 52

[3] Tamże, s. 15.

[4] Tamże, s. 112.

[5] Była to najwyżej położona szkoła w Beskidach (ok. 1000 m n.p.m.)

[6] Wśród absolwentów Wydziału Grafiki Książki w roku 1968 był m. in. Józef Pogwizd z Rytra. Z tych Pogwizdów, których znamy z „Rogasia”. Por. M. Laskowska op. cit. s. 327.

[7] M. Kownacka, 1955 rękopis MBC.

Prosty człowiek jako motyw literacki. Piotr Kulig 2007

Nowa sądecka wieś. Piotr Kulig 2022

Równo z końcem XX w. zniknęły z polskiego krajobrazu ostatnie ślady tradycyjnej wsi. Jeszcze, gdzieniegdzie resztki tradycyjnej zabudowy chylą się ku ostatecznemu unicestwieniu. W ich miejsce powstają nowe domy, budowane „pod klucz”. Te z lat powojennych i końca dwudziestego wieku, przechodzą tak gruntowne remonty, że nie ustępują nowym. Część mieszkańców wsi nadal pracuje za granicą a ci co pracują na miejscu też nie biedzą. Już można żyć z pieniędzy zarobionych w kraju. Niespotykane jest już dzisiaj zamieszkiwanie przez lata w niewykończonym domu. Domostwo, najczęściej od elewacji po trawnik, kostkę i meble jest w stosunkowo krótkim czasie ukończone przed zasiedleniem. Wsie stały się dzielnicami willowymi. Niepowtarzalne projekty, eleganckie rezydencje, francuskie ogrody otoczone kutymi ogrodzeniami z automatycznymi bramami. Przed domami często po dwa samochody dobrych marek. Jak kiedyś na zdjęciach przysyłanych przez rodzinę z Ameryki. Wszelkie wygody: werandy, tarasy, pawilony, meble ogrodowe. Zniknęły przy domach ogródki i ogrody, czyli sady owocowe. Drzewa owocowe zastąpiły krzewy i drzewa ozdobne do niedawna egzotyczne i nieznane.

Wnętrze domu nie dzieli się na część powszednią i odświętną. Znakiem tego jest najczęściej kuchnia połączona z salonem albo celowo w ten sposób przerobiony dotychczasowy układ pomieszczeń. Nie ma tradycyjnego „świętego kąta”. Często jednak obrazy, tak święte jak i nie święte trącą kiczem. A znów te święte tak czasem awangardowe, że daleko im do sacrum… Tradycyjna Mariologia w ikonografii tak dawniej powszechna na wsi, przekształciła się w wizerunek dziewczyny z dzieckiem mający przypominać Matkę Boską…

Nie spotkasz na wsi krowy, konia, drobiu, nie zobaczysz kopy siana, snopów, jedynie bielące się foliowe bale. Zobaczysz natomiast owce, które powróciły w Beskid Sądecki po latach niebytu ze względu na konieczność zagospodarowania pól i łąk nie nadających się na działki budowlane a dzięki wypasowi podpadające pod dopłaty unijne. Zobaczysz stada jeleni i saren beztrosko podchodzące pod domy czy pasące się w parku.

Rolnictwo i sadownictwo tam, gdzie się ostało, przybierają formy produkcji towarowej bez tej całej menażerii znanej do niedawna z wiejskiego podwórka. Swojskie kundle przy budach? Gdzie tam? Rasowy, za parę tysięcy, regularnie strzyżony, wysterylizowany, etc.

Dzisiejszy standard życia na wsi jest często wyższy niż w mieście. Dzisiaj niedawna peryferyjność nie jest żadnym ograniczeniem dobrobytu. Dzięki lokalnym samorządom, często tzw. infrastruktura jest lepsza i bardziej dostępna niż w mieście. Boiska, place zabaw, hale sportowe – to już standard w każdej wsi. Obecnie na wsi nie ma domów bez łazienek. Natomiast w miastach jeszcze tak, zwłaszcza w kamienicach. Kiedyś na studiach w Krakowie, szukając mieszkania, zaszedłem do kamienicy w centrum Krakowa. W pokoju ogromny zaciek na ścianie kwitnący grzybem, zamiast łazienki stolik z blaszaną miednicą i konewka… Czegoś takiego w rodzinnych stronach nie widziałem. Nie miałem szans na to mieszkanie – co mnie nie zmartwiło – bo mój status społeczny był za niski – wiejskie pochodzenie. Tak wyszło z wywiadu przeprowadzonego ze mną przez właścicielkę.  

Z początkiem dwudziestego pierwszego wieku odchodzą z Sądecczyzny ostatni ludzie urodzeni w neolitycznych warunkach: W domach bez bieżącej wody, prądu, toalety… Urodzeni w izbach, w których ich rodzice mieszkali razem z krowami przy otwartym ogniu, albo sami jeszcze takie życie pamiętający. Ludzie z naturalnej selekcji całych pokoleń, które przeszły zarówno zarazy, jak i choroby dzisiaj niegroźne a kiedyś śmiertelne. Urodzeni przez zdrowe matki, które nie znały patologii ciąży, bo i one pod tym względem przeszły wielopokoleniową, nieubłaganą selekcję. Ludzie nieszczepieni, naturalnie odporni, zdrowi, silni, piękni. Nie będzie już na Ziemi takiego materiału genetycznego.

Młode pokolenie nie mówi gwarą. Swoje pod tym względem, zrobiła szkoła i media. Próżne wysiłki, aby ją wskrzesić, uczyć… Zupełnym nieporozumieniem jest sztuczne wprowadzanie przez różne zespoły regionalne gwary tam, gdzie jej nigdy nie było np. w tradycyjnych kolędach polskich, podczas nabożeństw w kościele. Wprowadzanie gwary obcej w miejsce miejscowej – sądeckiej.

Pod pewnym względem nawet prześcignęliśmy „zagranicę”… Mamy dwa halołiny – na koniec października, ten protestancki i na koniec listopada – nasze Andrzejki, które jakoś sczerniały. Późną jesienią w naszych szkołach imprezy organizowane dla uczniów tworzą jedną całość. Dekoracje i animacje halołinowe – koty, pająki, wizzard-y i witches-y, powtarzają się następnie w Andrzejki. Dwie imprezy przy jednym wystroju. Tak jak kiedyś w ludowych opowieściach św. Piotr i św. Paweł była to jedna osoba ‘św. Pieterpaweł’, dzisiaj mamy haloandrzejki a pomiędzy tym tworem, Wszystkich Świętych.

Tradycyjne wesele sądeckie: para młodych otoczona orszakiem składającym się z drużbów i druhen oraz starostów. Taki orszak prowadził młodych do kościoła. Dzisiaj – amerykański film. Panią młodą do kościoła wprowadza ojciec, gdzie przy ołtarzu czeka pan młody. Facet przyprowadza dziewczynę facetowi… Zwolenniczki równouprawnienia nie protestują! Podczas tradycyjnego wesela młodzi byli równi. Mieli za sobą takie same zastępy on – drużbów, ona – druhny. Szli przed ołtarz razem, jak równa z równym – jak partnerzy. Paradoks: nasze tradycje weselne, ryty tego obrzędu sięgają czasów, gdy chłopi (kmiecie) byli oczynszowanymi poddanymi króla. Przetrwały system feudalny trwający w Polsce ponad czterysta lat… A oto współczesny model filmowy, rodem z obcych feudalnych pra-systemów społecznych, w których kobieta miała bardzo niski status społeczny, wkracza w obyczaj sądeckiej wsi jako nowoczesny! Świadkami ślubu są niejednokrotnie niemłodzi ludzie w stanie małżeńskim. Często nie ma tradycyjnej drogi od młodego do młodej. Młodzi wychodzą z domu razem jak stare dobre małżeństwo… Tradycyjny polski obrzęd weselny zaczął umierać już wcześniej. Kiedy w miejsce ocepin weszły zabawy – konkurencje, pozbawione czasem jakiegokolwiek smaku czy przyzwoitości. Całkowicie nie licujące ze świętością i uroczystością tego wydarzenia. 

Jedziesz więc przez Sądecczyznę i zastanawiasz się, gdzie jest bieda? Jedno się nie zmieniło. W mniemaniu mieszkańców wsi naszej, nadal jest ciężko a nawet źle… nie wierzycie? To posłuchajcie rozmów towarzyskich z okazji np. Komunii… I tylko babcie – co raz ich mniej – na tych przyjęciach patrzą niedowierzającymi oczami. Czy to możliwe? Czy wsiadły do cudownego wehikułu czasu i przeniosły się kilka tysięcy lat od wspomnianej rzeczywistości neolitu, do cywilizacji, której nie są w stanie już ogarnąć swoim gasnącym umysłem…

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij